Serdecznie witam i o zdrowie pytam

Witam,
mam nadzieję, że miło spędzisz tu czas i jeszcze kiedyś mnie odwiedzisz.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Rowerek

Zosieńka dostała od dziadków na urodziny rowerek. Piękny! Biało - różowy, z koszyczkiem, w cudne kwiatuszki. Niestety, jakoś nie miała okazji nauczyć się na nim jeździć. Pierwszego dnia odpadło boczne kółeczko a potem... cóż, wakacje, wyjazdy, rowerek został w domu.
Na szczęście podczas naszych wycieczek, dziadek naprawił odpadające kółko. A babcia, coby nie być w tyle (za dziadkiem) zabrała dziś Zosieńkę na rowerek i nauczyła ją na nim jeździć. A to wcale nie takie proste, namówić mojego Szkraba do pedałowania i to na takim poważnym sprzęcie ;). Babci się udało! Zosia dzielnie pedałowała, i skręcała również pięknie w razie potrzeby, a ja zostałam wywołana na balkon, celem podziwiania sukcesów swojej pociechy. Duma rozpiera mnie cały czas, a przed oczami wciąż mam cudowny widok mojej małej cyklistki i jej rozradowanej buzi. Bezcenne!

wtorek, 7 czerwca 2011

Artykuły i porady

Przed chwilą przeczytałam artykuł o negatywnym wpływie wychowania dziecka przez jednego rodzica. Nie pierwszy i nie ostatni zapewne. Dobrze poznawać opinie innych w tym zakresie, zwłaszcza osób znających się na rzeczy, czy to z doświadczenia, czy też wykształcenia.
Artykuł był o tyle ciekawy, że, mimo zwięzłości i skromnego rozwinięcia tematu, mówił oddzielnie o chłopcach i dziewczynkach, ojców i matki potraktował również odrębnie. Czyli? Czyli przedstawił negatywne skutki wychowania syna bez ojca/ syna bez matki oraz córki bez ojca/ córki bez matki.
Co ciekawe, wykazał także konsekwencje przedstawiania i wpajania dzieciom złych wzorców, które niejednokrotnie są dramatyczniejsze w skutkach niż ich braki.
Konkluzja na dziś: brak kiepskiego wzorca lepszy niż jego obecność :)

środa, 1 czerwca 2011

Wiej wichrze, wiej. HEJ!

Wiej wichrze z północy
wiej hen, na południe
gdzie nie ma chłodu
gdzie słonko świeci cudnie.

Wiej wichrze z zachodu
na wschód, bez wytchnienia
gdzie wstaje słońce
gdzie budzi się nadzieja.

Wiej wichrze, wiej mocno
wiej swą lotną siłą
rozdmuchuj troski
znowu będzie miło.

piątek, 27 maja 2011

Wczorajszy dzień matki :)

Ze wzruszenia łzy się leją - dostałam pierwszą w życiu laurkę dla mamy. WŁASNORĘCZNIE wykonaną przez moje słodkie Maleństwo (z ogromną pomocą, począwszy od dostarczenia materiałów po wykonanie, taty).
Ach! Po prostu radość nie do opisania. Ja wiem, wiem, że ona jeszcze nie do końca kojarzy o co w tym wszystkim chodzi, a zapału do tworzenia więcej miał tata niż córa... ale... to nic, to nic. Radości nie ujmuje ani ciut, ciut.
A oto cudne dzieło:

Dziękuję.

środa, 20 kwietnia 2011

I jaki tu dać temat?

Czasem ręce same się załamują. Nie wiem, czy tak jest tylko w naszym kraju, czy jeszcze gdzie indziej... Ale do rzeczy.
Tyle się trąbi wszędzie o profilaktyce w walce z rakiem. Że trzeba się badać, że sprawdzać, że trutututu. Tym bardziej, jeśli jest się w grupie zagrożenia. A tymczasem mam wrażenie, że to tylko czcze gadanie. Bo czyż najbardziej w grupie zagrożenia nie jest ten, u kogo nowotwór wykryto? Tak na logikę, przynajmniej moją, osobę, u której znaleziono jakieś raczysko, powinno się prześwietlić od czubka głowy po koniuszki palców. A u nas? Pacjent, który po trzech latach od operacji usunięcia jednego nowotworu, idzie pod nóż z następnym (który okazuje się być starszy od poprzedniego, jest zupełnie innego typu i w zupełnie innej części ciała umiejscowiony) dowiaduje się, że rezonans całości organizmu może sobie zrobić prywatnie, za jedyne 8000 zł, bo NFZ takich badań nie finansuje. Dla mnie to porostu jakaś groteska. Po pierwsze, to, co wycięli teraz, mogli usunąć dużo wcześniej. Podobno im wcześniej, tym lepiej. Tyle, że trzeba było całego człowieka przebadać. A po drugie, skoro było "coś" w okolicach klatki piersiowej i drugie "coś" w jamie brzusznej to chyba uzasadnione jest sprawdzenie, czy nie ma w głowie, nodze, płucach, dup*e... Nie bardzo rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. I jest mi naprawdę przykro, że przy tak wysokich składkach "na zdrowie" tak niewiele ma się w zamian. Bo tego nawet do minimum zaliczyć nie można :(

piątek, 25 marca 2011

Trutututu trąbka z drutu :P

Chlebek dzielnie rośnie i szykuje się do jutrzejszego spotkania z piecem, obecnie zajętym przez rumieniące się, jak niegdyś panny w obliczu komplementów, bułeczki. A mi się pączków chce! Popijam więc kakao, z nadzieją, że zaspokoi głód na pączuchy, których to obiecałam sobie nie smażyć aż do Wielkanocy. Masochistka, tak, tak, wiem ;) Ale w sumie ile można? Przerwy dobre są, bo pozwalają odkrywać na nowo. I nie tyczy się to tylko smaków, nieprawdaż? Dlatego też nabyłam ostatnimi czasy piękne kredki ołówkowe, wygrzebałam z głębin szafy suche pastele, odkryłam miejsce zapodziania tłuściochów (tłuściochami pozwalam sobie pieszczotliwie nazywać pastele olejne) i... zbieram się. Do wyrysowana tego i owego. A następnym krokiem będzie pakt z farbami. Mam na oku pewne sympatyczne akryle, żeby tak jeszcze znalazły drogę do mnie...A jak nie, to akwarele zawsze kochałam, czas rozkochać w nich Pociechę. Oczywiście Zosieńka już akwareli używała, z ogromnymi sukcesami na dodatek - malowała nimi swoje dzieła ulepione z masy solnej ;)

Ech, te pączki...
To chociaż sobie powspominam. Te z ostatnich dni karnawału :)

w pocie czoła lukrowane

angielskie


i pyszności z dziurką :)

środa, 9 lutego 2011

A na deser...

... maślane, słodziutkie, mięciutkie,wprost rozpływające się w ustach. Uciecha z nich ogromna, bo Zosieńka pomagała w produkcji. Ja ciasto dzieliłam na części, robiłam z nich wałeczki, zawiązywałam na supełki i kładłam na blachę. Zosieńka dzieliła na części, wałkowała wałeczki, zgniatała je w bryłeczki i też kładła na blachę. Oczywistym jest, że Zosine baryłeczki wyszły najpyszniejsze!
Zabawy i radości miałyśmy po pachy, i nadal mamy, bo bułeczek wyszedł całkiem spory kopiec :)

I kolejne partie, tym razem z rodzynkami, mniam :)