Serdecznie witam i o zdrowie pytam

Witam,
mam nadzieję, że miło spędzisz tu czas i jeszcze kiedyś mnie odwiedzisz.

środa, 27 stycznia 2010

Patataj, patataj, patataj...

...a raczej hop, hop, hop osiołku!
Dzisiaj z wieczora domowy spokój zmącił dzwonek do drzwi. To Pan Kurier z Poczteksu przyniósł paczuszkę. Jej otwieraniu towarzyszyło ostrożne zaciekawienie dzieci (był u nas Kasperek, braciszek cioteczny Zosi), które zmieniło się w lekkie zainteresowanie podczas wyciągania kolorowych kawałków gumy (phi, jakaś wielka guma, też coś!). Nastrój zmienił się całkowicie, gdy gumowe zabawki, narażone na popisy moich płuc, zaczęły przyjmować konkretne kształty, czyli zmieniać się w osiołki. Dzieci zgodnym chórem wykrzyknęły: "konik", gdy tylko pierwszy osiołek stanął na ziemi w pełnej krasie (osiołek,konik, co za różnica ;) ). Za chwilę dołączył do niego drugi i... rozpoczęła się zabawa na całego! Podskokom i towarzyszącym im wesołym piskom nie było końca. No, tak do połowy nie było, bo Kasperek musiał wrócić do domu, ale pewnie tam kontynuował zabawę z osiołko-konikiem.
Zosieńka pokochała słodkiego skoczka od pierwszego wejrzenia. Nie tylko dosiadała jego grzbietu, ale również tuliła go, całowała w uroczy pyszczek, i dzieliła się kolacją. Tak, tak, swoją własną kolacją podczas której wydawała mi komendy: "konik am,am", "Zosia am,am", a osiołka czule głaskała i przemawiała do niego "konik mniam, mniam".
Widok jej uśmiechniętej buzi i malującego się na twarzyczce szczęścia jest nie do opisania.
I poza zasięgiem karty MasterCard :D hahaha

piątek, 22 stycznia 2010

"Łza na rzęsie mi się trzęsie"

Ze wzruszenia. Parę chwil temu Zosia powiedziała do mnie "MAMUSIU". Usłyszała, jak ja zwracam się do swojej mamy i sama zaczęła tak do mnie mówić. Jeszcze nie mogę się przyzwyczaić - to jest rozbrajające, słyszeć od takiego brzdąca tak długie, skomplikowane i pełne czułości słowo. A dopiero co, bo przedwczoraj, zaskoczyła mnie wyraźnie wypowiedzianym słowem "bajka". Wcześniej, gdy chciała, żeby włączyć jej bajeczkę mówiła "baja". I proszę, jaka piękna zmiana :).

Ach, a w ogóle dzisiejszy dzień był bardzo przyjemny. Z powodu mrozu (no, nie tylko) miałyśmy dziś wolne. Fajny taki wydłużony weekend.
Odwiedziły nas też przemiłe koleżanki, dzięki którym popołudnie upłynęło bardzo szybko. Szkoda, że aż tak szybko, bo nie często mamy takich sympatycznych gości, a i dzieci potrzebują trochę czasu, żeby się rozkręcić. Jak pociechy rozbawiły się w najlepsze, trzeba było się rozstać :(
Wieczorem niespodziankę zrobił dziadek, bo przyniósł pączki, z okazji dnia dziadka. Zosia przed chwilą skończyła wylizywać lukier z pudełeczka po łakociach i teraz wyciera się wilgotną chusteczką. Dokładnie wiem, co robi (mimo, że jej nie widzę) bo cały czas słyszę: buziaaa, nooos, ręka (tu bardziej "jęka"), sziiija, buziaa...
:)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Z górki na pazurki!!!

Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, a wielkiemu zadowoleniu Zosia bardzo polubiła zjeżdżanie na saneczkach z górki. Oczywiście górka nie jest bardzo wysoka (z mojej perspektywy, Zosieńce pewnie wydaje się być ogromna), a saneczki jechały w eskorcie mamy.
Jakąż szczęśliwą minę miała maleńka po pierwszym zjeździe. Uśmiech nie tylko od ucha do ucha- całe oczka jej się śmiały :) Zapytana, czy chce jeszcze raz, radośnie odparła"tak!" Potem już cały czas się śmiała, i zanim jeszcze sanki zdążały się zatrzymać na dole krzyczała "do góry! do góry!"
:)))

poniedziałek, 11 stycznia 2010

???

Sama nie wiem jak to nazwać i do jakiej kategorii zachowania zaliczyć.
W poniedziałek po świętach, rano, między godziną 10 a 11 otrzymałam od ojca Zosieńki sms-a, że jest (a dokładniej są - nie wiem kto, bo nie napisał) w Warszawie, chciałby odwiedzić Zosię i będzie za jakieś 20 minut. Szok! W końcu w listopadzie mówiłam mu, że "zatrudniłyśmy" się z Malutką jako nianie i opiekujemy się pewnym Maleństwem (opiekuję się ja, Zosieńka ma towarzystwo do zabawy), a co za tym idzie, nie ma nas w domu od rana do wieczora w robocze dni tygodnia. Zadzwoniłam więc i powiedziałam, że nie ma nas w domu. Wieczorem odebrałam jadowitego sms-a od drugiej babci Maleństwa, że utrudniam jej kontakty z wnuczką. W tą sobotę natomiast ojciec Zosi zarzucił mi brak kultury, ponieważ uniemożliwiłam jego siostrze, która rzadko bywa w kraju, spotkanie z Zosią.
Czy to brak kultury, wyobraźni, czy ogromny tupet ze strony rodziny ojca Zosi? A może wszystko po trosze?
Jak można mieć pretensje do kogoś, że nie zastało się go w domu, skoro wybiera się do niego bez wcześniejszego uprzedzenia (bo co to za uprzedzenie 20 minut przed czasem, i co to w ogole za forma wpraszania się komuś do domu, bo ma się takie widzi mi się)?
Nie za bardzo rozumiem też pretensje babci Zosi. Ostatnim razem odwiedziła Maleńką 1 lipca zeszłego roku zaproszona przeze mnie na Zosine urodziny. Od tamtej pory nie kontaktowała się i w żaden sposób nie sygnalizowała chęci odwiedzenia Zosi. Wcześniej była u Malutkiej 2 listopada 2008 roku.
Wielce zaskoczyła mnie również informacja o pobycie cioci w Polsce, jeszcze bardziej o planowanych odwiedzinach. Ani siostra Przemka, a nikt inny z jego rodziny nie zadzwonił, żeby umówić się na wizytę u Zosi. Jedyne, co otrzymalam, to wcześniej wspomniany sms, wysłany w czasie, kiedy w domu nikogo nie było.
Aż brak słów...

wtorek, 5 stycznia 2010

Prawdziwa Królewna

Jak na prawdziwą królewnę przystało, Zosia ma swój tron! Co prawda nie złoty i wysadzany klejnotami, ale za to przez infantkę uwielbiany. Jest z jasnego drewna, z czerwonym siedziskiem i ... na biegunach! Pewnie właśnie dlatego Zosieńka tak go uwielbia.
Bujanym fotelikiem obdarował Maleństwo św. Mikołaj w Wigilijny wieczór. Nie tylko fotelikiem, ale ten prezent chyba najbardziej przypadł wszystkim do gustu. Zosia pięknie dzieliła się podarkiem z braciszkiem. Bujało się raz jedno, raz drugie, a czasem jedno drugie :) Najlepsze było jednak w nocy. Zosia się obudziła, zeszła z łóżka i siup na fotelik. Najpierw bujała się sama, potem z lalą (też od Mikołaja), potem z hipkiem (również gwiazdkowym prezentem), następnie bujała lalę i hipka, ale to chyba nie było za bardzo fajne, bo szybko wgramoliła się na fotelik, a zabawki wciągnęła sobie na kolana. Nastał czas mamy, bo dziecinie obładowanej bobasem i ogromnym hipopotamem ciężko było poruszać fotelik.
Nie ma to jak nocna zabawa na 102. Ale w końcu od czego są Święta ;)

Dodać jeszcze muszę, że od dzisiaj Zosia, jak na prawdziwą królewnę przystało, przemierza zaśnieżone drogi w zimowej lektyce, czyli na saneczkach (no,może to bardziej zimowa karoca niż lektyka... grunt, że pojazd królewski). Wczoraj w końcu udało się dziadkowi (po niezłych trudach, bo warszawskie sklepy świeciły pustkami w tym zakresie) zdobyć sanki z oparciem. Dziś zostały wypróbowane i sprawują się znakomicie. Jaśnie Panienka jest zachwycona nowym stylem podróżowania, a mama szczęśliwa, bo nie ma to jak pretekst do spalenia kilku dodatkowych kalorii :)

niedziela, 29 listopada 2009

Ciężkie noce

Ostatnimi czasy Zosieńka kiepsko sypia. Ma ogromne problemy z zaśnięciem i często się budzi. Najchętniej spałaby cały czas przy piersi albo chociaż z mamą przy boku. Nie daj Boże wstanę z łóżka, po chwili budzi się z płaczem i woła "mama". Uśpić ją z powrotem ciężko, zwłaszcza przed północą. A jak już śpi, to włazi na mnie co jakiś czas i grzebie mi pod koszulą ;).
Jej kłopoty ze snem są zapewne wynikiem ząbków rosnącym hurtem - pięć na raz nieźle musi dawać popalić. Jeden już całkiem dobrze widać, drugi przebił się przez dziąsełko dziś wieczorem, a trzy są w drodze :). Bidula Zosiula musi bardzo cierpieć, bo przecież wyrzynające się zęby to bolesna sprawa. Żel na dziąsła pomaga tylko na jakiś czas, a nie można nim raczyć buzi dziecka w nieskończoność.
Do kłopotów ze snem swoje trzy grosze pewnie też dołożyła ostatnia szczepionka (a dokładnie dwie: odra, różyczka, świnka + ospa dodatkowo). Po tej pierwszej efekty uboczne mogą występować do dwóch tygodni, więc pewnie jeszcze parę kiepskosennych nocy przed nami. A mi pozostaje dalej głaskać, lulać, kołysanki śpiewać i przytulać, bo nie mam serca zostawić płaczącego Maleństwa, aż samo zaśnie (słyszałam o takich praktykach, ale mi wydają się bezlitosne i brutalne).
Tylko ze zmęczenia i niedospania już totalnie z sił opadam...
Dobranoc, aaaaaaaaaaaaaaaa

niedziela, 8 listopada 2009

Jesiennie

Najdłużej pisany post :) Teraz jest poniedziałek, 9 listopada, 16:34 :)

W końcu tej jesieni udało nam się wprowadzić regularny plan dnia. Najciekawszym jego punktem jest spacer w najbliższym nam parku. Zosieńka kochana biega po opadłych liściach, zbiera te najbrzydsze,najbardziej mokre i lepiące, czasem gmera rękawiczką w kałuży oraz gania piłeczki, które ze sobą zabieramy - zabawa na 102.
Podczas tych spacerów zawieramy również nowe znajomości. Często w naszej porze spacerowej spotykamy Julkę z mamą. Julka jest o 7 dni od Zosi młodsza,więc, kto wie, może to początki prawdziwej przyjaźni?
Podczas tych spacerów okazało się również, że Zosieńka przepięknie nadgoniła swoje wcześniacze zaległości. Umiejętnością chodzenia i ilością używanych używanych w komunikacji słów dorównuje rówieśnikom. Ba! Niektórych nawet przegoniła :) Moja radość jest ogromna nie dlatego, że startuję w konkursie "a moje dziecko to...". Jestem przeszczęśliwa, bo z Zosi była taka maleńka kruszynka, tak bardzo bałam się o jej zdrowie i życie... A tu proszę! Nie dość, że nadgoniła, to czasem i przegonić się udaje ;)


Jesień jak to jesień. Pogoda zmienna i kapryśna. Wirusy latają i wypatrują celu. I jakiś taki okropny zarazek upatrzył sobie moje Maleństwo. W piątek Zosieńka była bardzo apatyczna i senna, pokładała się i często i długo spała. Najlepiej przytulona do mamusi. W dzień dostała temperatury ponad 38. Mimo czopków przeciw gorączkowych wieczorem termometr wskazał 39,3 st.Celsjusza. Tak wysokiej temperatury Zosia jeszcze nigdy nie miała. Była bardzo osłabiona, lała się przez ręce. Wylądowałyśmy na ostrym dyżurze. Lekarz zalecił silniejsze środki przeciwbólowe, dodatkowe lekarstwa i wizytę u pediatry, najlepiej w poniedziałek (niestety, numerków na dziś brak, będziemy próbować jutro), a w razie utrzymującej się gorączki ponowne odwiedziny na nocnym dyżurze.
Sobota upłynęła nam sennie i leniwie.Zosia przespała prawie cały dzień, oczywiście wtulona we mnie. Nie dała się zostawić choćby na chwilkę, bo zaraz budziła się z płaczem, żałośnie wołając "mama". Tak więc łóżko miałyśmy wygrzane... Na szczęśćcie choróbsko powoli odchodzi. Gorączki już nie dokuczają, Zosieńce wracają siły tylko... ciągle śpi :) Niech śpi.Sen to zdrowie.

A przy okazji tematu zachorowania Maleństwa jakoś nie mogę pominąć postawy jej"tatusia". W sobotę przed południem wysłałam mu esemesa odwołującego jego niedzielną wizytę. Zadzwonił parę godzin później z pretensją, w jaki sposób choroba Zosi przeszkadza jego wizycie. Wyjaśniłam, że Zosieńka prawie cały czas śpi i to przy mnie. Niezadowolony oznajmił, że przyjedzie w takim razie w środę i kazał ucałować Zosię. Nie zapytał,czy nie mamy innych planów i czy w ogóle mamy ochotę na jego wizytę. Po prostu oznajmił, że będzie. Kiedy on się nauczy, że nie może sobie do mnie wpadać kiedy chce, i że ja nie siedzę bezczynnie czekając na niego? Cóż, elementarne zasady kultury i dobrego wychowania omijają niektórych szerokim łukiem. Ale najgorsze jest to, że nawet nie zapytał, jak Maleńka się czuje, co jej jest? Zero. Otrzymał informację, że dziecko chore i tak osłabione, że cały dzień śpi i nawet się nie zainteresował, co takiego się stało? "Tatuś" od siedmiu boleści. Kolejny z serii "prezent załatwi wszystko" :(